Home

Trzy miesiące pracy zdalnej

Właśnie mija mi trzeci miesiąc pracy w pełni z domu. Oto małe podsumowanie

Dotychczas pracowałem w biurze, korzystając z pracy zdalnej jeden lub dwa razy w tygodniu. Na dobrą sprawę moje home office było raczej okazyjne, które bardzo lubiłem, jednak przeważnie pracodawcy kręcili nosem gdy było to więcej niż 10% – 20% czasu pracy. Tym niemniej, zawsze ciągnęło mnie do tego typu pracy, szczególnie gdy śnieg i deszcz kolidowały z moją jazdą rowerem lub motocyklem.

Czas na zmiany

Pod koniec stycznia rozpocząłem współpracę z Warszawskim Ideamotive, a możliwość pełnej pracy zdalnej była jednym z kluczowych powodów wyboru tego software house’u.

Prace rozpocząłem pracując jeszcze na Teneryfie – co było jednym z moich celów, by zacząć eksperymentować z byciem digital nomadem. Nie będę ukrywał, że powoli przygotowuję sobie grunt, by co najmniej 3 miesiące w roku spędzać poza Polską, a najlepiej – po prostu wyjechać na stałe.

W jaki sposób praca zdalna sprawdza się dla mnie po trzech miesiącach?

Zdrowszy work-life balance

Mimo że utożsamiam się z pokoleniem Z i w pełni utożsamiam się z podejściem work-life blending, to moja satysfakcja z pracy zdecydowanie wzrosła i stałem się bardziej produktywny. Abstrahując od tego, że zmieniłem niezdrowe środowisko (firmę) na dużo bardziej przyjazne, to doceniam czysto praktyczne aspekty pracy z domu na moją psychikę.

Dzięki pracy w swoim środowisku, które sam i tylko sam sobie kreuję, pozbawiam się elementów które mnie frustrowały. Piję taką kawę jaką chcę, gotuję to co chcę i słucham głośno muzyki.

Praca we własnym mieszkaniu pozwala mi połączyć pracę z codziennymi obowiązkami, więc w końcu mam powód by wstać z krzesła i np. zrobić pranie albo obiad. Wcześniej potrafiłem wstawać jedynie do toalety przez cały dzień.

Oczywiście nie muszę wspominać o zaletach obecności w mieszkaniu, więc wszelkie wizyty kurierów (ale poczta dalej zostawia awizo) czy hydraulików nie wymagają kombinowania.

Zdrowsze… zdrowie

Pracując z domu mogę pozwolić sobie na gotowanie, co jest jednym z moich hobby, a zarazem jeść zdrowiej i taniej niż jedzenie na mieście.

W mieszkaniu mam hantle, ławeczkę czy matę do ćwiczeń i mimo że daleko mi do odpowiedniej rutyny treningowej, to zdecydowanie łatwiej mi rozprostować mięśnie w ciągu dnia.

Finalnie, mimo że jeszcze nie jestem w stanie tego osiągnąć, to planuję spróbować półgodzinnych drzemek po obiedzie. W swoim łóżku jest to zdecydowanie łatwiejsze niż w biurze…

Wadą w kategorii „zdrowie” jest dużo mniej okazji by jeździć na rowerze – wcześniej jeździłem te pół godziny dziennie, teraz już nie, więc muszę planować aktywność bardziej skrupulatnie.

Większe skupienie i wydajność

Znam ludzi, którzy za wadę pracy zdalnej uważają problem ze skupieniem w domu. Możliwe że obecność dzieci czy problem z „przestawieniem” się mentalnie na tryb pracy faktycznie dotyczy wielu osób.

Dla mnie jest odwrotnie – w swoim środowisku mogę pracować w ciszy bez zakładania słuchawek z tłumieniem hałasu, nie muszę unikać zagadujących mnie kolegów, nie tracę 40 minut na „przerwach na kawę” i kolejnych 40 na lunchu.

Moje 6 godzin pracy z domu oceniam za odpowiednik 8 godzin w biurze – nie tylko łatwiej osiągnąć mi „flow”, ale też nie tracę czasu na spotkania towarzyskie.

Własne środowisko pracy

Dotychczas musiałem godzić większość dnia przed komputerem w biurze z kolejnymi kilkoma godzinami przy komputerze w domu. Przestawianie się z różnych krzeseł czy monitorów to dodatkowy narzut, nie mówiąc już o braku wyboru tego co jest w biurze.

Ja nie cierpię sztucznego światła – w ciągu dnia pracuję przy świetle dziennym, które w domu mogę delikatnie stłumić zasłonami tak jak mi odpowiada. Wieczorem zapalam delikatne światło i przyciemniam monitory. W biurze miałem zawsze ten sam problem – potężnie świecące lampy, które mnie oślepiały, a pod koniec dnia bolały mnie oczy i głowa.

W mieszkaniu mogę zainwestować w krzesło jakie lubię (co prawda jeszcze tego nie zrobiłem, ale to wciąż ważny punkt), dbając o personalizację i indywidualne zapotrzebowanie. Mogę siedzieć na piłce, na ziemi, stać, a czasem po prostu biorę komputer i kładę się na łóżku. W biurze jestem skazany na jedno i to samo krzesło – chociaż muszę przyznać że przeważnie firmy na tym nie oszczędzają.

Nie tracę czasu na transport

Punkt częściowo powiązany z work-life balance, ale jednak jeden z kluczowych. Fakt zrezygnowania z dojazdów jest ogromnym plusem i zaoszczędza kupę czasu w ciągu dnia.

Mimo że moje dojazdy były bardzo krótkie (15-20 minut rowerem), to kiedyś dojeżdżałem dużo dłużej (koło godziny komunikacją miejską, bo zima). Nawet oszczędzenie tych 30 minut dziennie jest naprawdę konkretną ilością – nie tylko dlatego że to się wszystko sumuje (ponad 10 godzin w ciągu miesiąca, ale godzinne dojazdy to już ponad 40!), ale dlatego że wraz z wyjściem z domu trzeba się do tego przygotować. Ubrać na rower czy motor, spakować plecak, przemyśleć czy po pracy muszę coś załatwić, pomyśleć o tym że mam przy sobie komputer z którym muszę coś zrobić itd. Wbrew pozorom to wszystko nawarstwiało u mnie szereg komplikacji w życiu codziennym.

A co jeśli ktoś dojeżdża np. godzinę dziennie? Nie potrafię sobie tego wyobrazić, to kolosalna ilość czasu. Jeśli miałbym ten czas spędzać w pociągu lub pustym tramwaju / autobusie, to nie miałbym problemu – poświęciłbym go na czytanie, a po drodze słuchałbym podcastów. Jednak sam mam pecha i (przynajmniej w Krakowie) nie ma takiej pory dnia, bym nie musiał stać w zapchanym, śmierdzącym tramwaju, nie będąc w stanie trzymać książki/kindla/telefonu.

Na sam koniec dochodzi kwestia pogody – gdy jest ładna, zawsze mogę wyjść na spacer, ale gdy leje lub jest -30 stopni, nigdzie nie muszę wychodzić. Źle znoszę brzydką pogodę i mnie ona frustruje, a możliwość pracy z domu nie naraża mnie na dodatkowy stres.

Poprawa komunikacji z ludźmi

Może brzmieć to dziwnie w jaki sposób brak kontaktu (osobistego) z ludźmi może poprawiać z nimi relacje. A jednak jeśli weźmiemy na tapet raczej introwertyka (wciąż nie zdefiniowałem się w tej kwestii, jednak nabieram energii w samotności, więc raczej introwertyk), a na dodatek dość niecierpliwego i pozbawionego empatii (talent empatia jest u mnie na 31 miejscu w badaniu Gallupa) to zdecydowanie model „pracy z piwnicy” mi sprzyja.

Komunikacja oparta na komunikatorach (Slack, maile) posiada zasadniczą zaletę nad rozmową osobistą czy telefoniczną, ze względu na swoją asynchroniczność. Sam decyduję kiedy komuś odpiszę, więc mam komfort i swobodę by przemyśleć to co mówię i odpowiedzieć w swoim czasie (talent analityk na 2 miejscu w badaniu Gallupa…). Nie muszę dbać też o body language, ton głosu czy tym że komuś nie spodoba się moje zniecierpliwienie czy patrzenie na zegarek.

Oczywiście w zespołach zdalnych robimy wideo rozmowy, które mają duże znaczenie dla poprawienia współpracy, ale są one zaplanowane a nie spontaniczne (jak w biurze). Wszelkie skomplikowane rozmowy lepiej przeprowadzić na żywo, spędzając czas z zespołem. Równocześnie można zapoznać się z kolegami, bez narażania się na zbyt długą ekspozycję (która może prowadzić do frustracji).

Model (prawie) oparty na efektach i zaufaniu

Zaufanie i obustronny szacunek między firmą a pracownikiem (czy ogólnie współpracownikami biznesowymi) to dla mnie bardzo duża wartość, za którą podążam. W życiu nie zatrudnię się w firmie, która śledzi moją aktywność na komputerze – nie dlatego że mam coś do ukrycia, tylko dlatego że mi to ubliża.

Model pracy zdalnej u podstaw opiera się na zaufaniu do mnie, że po prostu pracuję 🙂 A ja jestem oceniany nie przez „dupogodziny” odsiedziane od 9 do 17, tylko przez efekty mojej pracy, feedback zespołu czy zadowolenie klienta.

Uważam że najzdrowszą relacją jest właśnie ocenianie efektów, a nie czasu pracy. Mimo że jest to niemożliwe w pracy programisty na etacie (ze względu na poziom skomplikowania oprogramowania nie da się go oszacować w czasie), to ten model jest dużo bliższy niż praca w biurze i przełożony który dogląda nas czy nie siedzimy na Facebooku.

Są też minusy

Mimo że minęły dopiero trzy miesiące, więc minusy powinny dopiero zacząć się pojawiać, to jest na pewno kilka drobnych wad które trzeba mieć na uwadze.

Po pierwsze, mimo wszystko czasami brakuje ludzi. Nie ma z kim ponarzekać na czyjś (hehe) kod, naradzić się czy zrobić gumową kaczuszkę. Dlatego prowadzę sobie mały personalny CRM, gdzie zapisuję sobie przypomnienia by wyjść do ludzi. W kwestii rozmów z programistami – staram się chodzić na liczne Meetupy tematyczne.

Po drugie, jeżeli firma nie jest 100% zdalna, tylko mimo wszystko posiada biuro, a my jesteśmy poza nim, to jesteśmy de facto pracownikiem drugiej kategorii. Omijają nas liczne wewnętrzne rozmowy, a trafia do nas tylko to co jest pisanie publicznie na Slacku. Brak obecności w biurze dodatkowo alienuje nas od reszty zespołu. To na barkach firmy spoczywają wyjazdy integracyjne i budowanie kultury pracy (przeważnie dbają o to szefowi, którzy sami pracowali w organizacjach zdalnych w swojej karierze).

Po trzecie, omija nas część benefitów, a życie jest delikatnie droższe. Pracodawca oszczędza na nas poprzez braku kosztów organizacji biura, ale musimy ponieść je my – czy to kupując krzesło, czy płacąc za prąd. Kiedyś policzyłem, że samo spłukiwanie wody w dni pracy zdalnej kosztuje nas dodatkowe 200zł rocznie 😀 Doliczmy koszt kawy, ogrzewania itd. Zaletą jest to, że możemy wliczyć to sobie częściowo w koszt działalności. Ponadto część benefitów oferowanych przez pracodawcę nas omija – nie skorzystamy z owocowych poniedziałków oraz nie załapiemy się na open bar w piątek po pracy.

Oczywiście zarówno te plusy jak i minusy dotyczą mojej perspektywy. Zupełnie inaczej spojrzą na temat osoby z dziećmi (z jednej strony rozpraszacz, z drugiej większa elastyczność) albo mocno towarzyskie.

Nawet drobne detale mogą zmieniać cały kontekst – np. będąc leadem / managerem, dużo więcej czasu spędzamy na spotkaniach i rozmowach niż „siedzeniu w piwnicy” – a wtedy praca zdalna może nam bardzo szkodzić.

Za kolejne trzy miesiące zobaczymy czy poniższy obrazek będzie mnie dotyczył 🙂