Home

Podejmowanie decyzji w oparciu o ROI (nie-finanse)

ROI (wskaźnik zwrotu z inwestycji) to jeden z moich ulubionych modeli mentalnych, którymi kieruję się przy podejmowaniu decyzji. Mimo, że wywodzi się ze świata ekonomii, to pasuje do wyjątkowo wielu sytuacji.

W ramach rozwoju osobistego uczę się modeli mentalnych z różnych dziedzin, im skrajniejszych tym lepiej, aby mieć jak najszerszą perspektywę i pogląd na świat. Znajomość tego typu modeli zapobiega zamykaniu się na rzeczywistość na skutek specjalizowania się w wąskiej dziedzinie („gdy masz tylko młotek, wszędzie widzisz gwoździe„) oraz zwiększa możliwości intelektualne poprzez dostrzeganie problemu z różnych perspektyw.

Jednym z modeli, które wyjątkowo sobie cenię jest ROI – return of investment (a przynajmniej traktuję to jako pewien model mentalny). W ekonomii jest to wskaźnik zwrotu z inwestycji, który pomaga nam stwierdzić czy dama inwestycja jest opłacalna czy nie. Najprościej określić go można wzorem zysk / koszt * 100%, co w wymiernych liczbach pozwoli nam określić czy stracimy czy wtopimy.

Oczywiście sam fakt że stosunek zysku będzie korzystny, nie oznacza że warto w daną inwestycję wchodzić. Możemy na przykład użyć tej wiedzy by porównać inwestycje między sobą – chociażby licząc czy bardziej opłaca się kupić na wynajem tańsze mieszkanie dwupokojowe, czy droższe trzypokojowe.

Jak wykorzystuję ten model w moim życiu

Nie jestem ekonomistą, wiec nie będę mądrzył się terminami z tej dziedziny – dla mnie ważne jest zrozumienie konceptu.

W moim przypadku widzę kilka czynników:

  • Koszt – czyli zasób, który muszę poświęcić. Najbardziej oczywistym dla większości z nas są pieniądze, jednak to tylko jeden z wielu kosztów które ponosimy. Dużo ważniejszym kosztem jest czas.
    W przypadku określonych kontekstów koszty mogą być mocno sprecyzowane. Przykładowo tworząc oprogramowanie, decyzja podjęta w trakcie trwania sprintu ma swój koszt, jakim jest niedowiezienie oprogramowania na czas.
  • Zysk – czyli zasób, który otrzymam za poświęcenie danego kosztu. W przypadku pieniędzy będzie to kwota, która do mnie wróci (np. lokata bankowa, wraca z odsetkami).
    Zyski mogą być bardzo różne, od wspomnianego czasu (zatrudniam kogoś by zrobił coś dla mnie – kupuję czas) przez wartości materialne, po wiedzę czy informację. Jak widać koszt i zysk nie muszą (i rzadko są) w tej samej walucie.
  • Czas na zwrot – wiele decyzji (inwestycji) które podejmuję jest odłożone w czasie. Niektóre odbywają się natychmiastowo (wydałem 50zł, otrzymałem 2 godziny czasu wolnego zatrudniając sprzątaczkę), inne zwracają się w określonym czasie. Ten czas także ma znaczenie, bo 10% odsetek z lokaty w skali roku to majątek, ale w skali 10 lat – bardzo mało. Zawsze zastanawiam się czy dana inwestycja zwróci się w satysfakcjonującym dla mnie czasie.

Wykorzystanie w finansach

W sferze finansowej przede wszystkim standardowo uwzględniam inwestycje nadwyżek finansowych oraz kredyty.

Gdy nie miałem kredytu hipotecznego, inwestowałem pieniądze by nie leżały na koncie – wtedy tracą one na wartości (inflacja).

Mając kredyt zaciągnięty na mieszkanie, sytuacja zmienia się – każde 1000zł, które zaciągnąłem od banku „kosztuje mnie” około 36,5zł każdego roku, co przy koszcie mieszkania daje kilkanaście tysięcy rocznie.

Znajomość tego modelu mentalnego pozwala mi zrozumieć, że kredyt hipoteczny nie jest „darem od banku” tylko kosztem, który ponoszę by zakupić mieszkanie, w którym mieszkam. To z kolei zwraca mi się bo jest lokatą kapitału z bardzo prawdopodobnym zyskiem oraz zdejmuje ze mnie koszt wynajmu mieszkania (które są bezpowrotnie utracone).

Gdybym miał zainwestować teraz pieniądze, musiałbym mieć zwrot WYŻSZY niż koszt kredytu (~3.65%), i to po podatku. Do tego inwestycje mają różne stopy ryzyka. Dla zysku powiedzmy 3.8% netto ale ryzyka, że mogę utracić kapitał, totalnie nie warto mi angażować się w inne inwestycje i po prostu spłacam kredyt.

Kolejnym przykładem jest zakup na raty 0% sprzętu, mimo że mogę kupić go za gotówkę – bo „zamieniam” płatny kredyt na darmowy. Czyli zamiast kupić lodówkę za 2000zł to wpłacam 2000zł do banku, a lodówkę spłacam w ratach. To 70zł ekstra rocznie.

Kolejnymi tematami które analizuję to obserwacja inflacji, regularne zwiększanie dochodów o co najmniej wartość inflacji i analiza na jaki czas mogę mrozić kapitał, a kiedy potrzebuję wolną gotówkę.

Stopa zwrotu w rozwoju i zdobywaniu wiedzy

Nauczenie się nowej rzeczy zabiera czas, a im bardziej specjalizujemy się w danej dziedzinie tym więcej czasu zabiera zwiększanie tych umiejętności.

Dobrym przykładem jest… siłownia. Na początku efekty ciała są ogromne, ciało jest w stanie zbudować nawet kilkanaście kilogramów mięśni. Jednak dochodząc do pułapu gdy już te mięśnie mamy, zbudowanie każdego kolejnego kilograma masy mięśniowej jest wielokrotnie trudniejsze niż każdego poprzedniego. Dla kogoś kto zajmuje się tym profesjonalnie (sportowcy, modele) ta inwestycja jest warta czasu. Dla kogoś kto chce po prostu wyglądać „good enough„, raczej wystarczy efekt osiągnięty niskim kosztem z dużym zyskiem. Stosunek czasu do efektów jest najkorzystniejszy.

Czyli im większy zysk przy jak najmniejszym koszcie definiuje czyli warto poświęcać się danemu działaniu. W przypadku siłowni kosztem na początku może być parę godzin w tygodniu przez parę miesięcy (a potem np. połowa z tego by utrzymać poziom), do tego jakaś tam kwota poświęcona na dietę (trzeba odżywiać się lepiej) oraz kolejny koszt – ten związany z siłą woli, by systematycznie trzymać się diety i treningów. Kosztem dla doświadczonego sportowca jest nie kilka, a kilkanaście godzin treningów w tygodniu, i większe nakłady finansowe na dietę, sprzęt, suplementy itd. Sportowcy jednak do równania dodają zyski – oni nie tylko dobrze (bardzo dobrze) wyglądają, ale też mają z tego zyski w postaci finansów, wyników sportowych itd.

Krzywa nauki

W powyższym obrazku w pewnym uproszczeniu widać jak wygląda krzywa postępu. Generalnie w większości dziedzin, których dotykam wiedza czy umiejętności mają największy progress i wartość na początku, by potem w pewnym momencie wyhamować. Oczywiście to czym jest dla nas „skill” to kwestia indywidualna i sami musimy określić po co uczymy się nowych rzeczy.

Przykładowo, jestem obecnie na etapie wykańczania mieszkania. Wymaga to ode mnie podejmowania dużej ilości decyzji i wykonywania (lub zlecania) dużej ilości prac. Ciągle analizuję moje potrzeby (czy chcę mieć jakiś ficzer? Ile będzie kosztował? Czy mi zależy? Jaki jest stosunek ceny ficzera do tego jak bardzo mi zależy?), a następnie podejmuję decyzje jak temat zrealizować.

I tutaj pojawia się kilka dróg. Teoretycznie mogę zadzwonić po ekipę i powiedzieć „zamontujcie mi lampę„. Zapłacę za to np. 200zł (bo ekipa musi przyjechać specjalnie po to). Z drugiej strony mogę wejść na youtube’a i sprawdzić parę podstawowych informacji dotyczących montaży lamp (ja akurat wiem, ale na potrzeby przykładu może to być podstawowa wiedza, taka jak wyłączenie prądu, który kabel gdzie wpiąć, jak wywiercić dziurę) i uzbrojony w „podstawy remontowania” zamontować lampę samemu.

Teoretycznie moja nauka montażu lampy mogła zająć mi tyle czasu, że nie opłacałoby mi się tego robić samemu – można policzyć czas nauki razy stawka którą zarabiam w pracy każdej godziny. Z drugiej strony wiem że nie jest to ostatnia lampa, którą zamontuję w życiu, a wiedzę z zakresu majsterkowania uznaję za zarówno przyjemną i satysfakcjonującą (fajnie widzieć coś materialnego zrobionego własnymi rękoma) jak i praktyczną (nie bycie ofiarą losu).

Cała sztuka polega na odpowiedniej analizie możliwości i oszacowaniu która decyzja jest korzystniejsza, licząc w głowie pewne abstrakcyjne ROI. Nie jestem w stanie porównać w wymierny sposób 200zł za zamontowanie lampy do „darmowego” montażu, ale za to poświęconego czasu. Za to w subiektywny sposób podsumowałem zyskane doświadczenie, wiedzę, satysfakcję, efekt oraz 200zł zysku i uznałem że warto było wybrać tę decyzję.

Co jednak gdyby montaż lamp był ciężkim, elitarnym zadaniem wymagającym ogromnej ilości czasu i kosztów?

Tutaj zadaję sobie pytanie w którym miejscu na krzywej nauki jest potrzebny mi cel. Jeśli wystarczą dwa filmiki na youtube, a narzędzia i tak mam w szufladzie, uznaję że próg wejścia jest na tyle niski że jest ok. Jeśli jednak musiałbym przeczytać 5 książek, odbyć kurs i kupić drogie narzędzia – nie ok.

Nauka bez konkretnego celu

Często uczę się rzeczy dla siebie, bo jestem ciekawy jak działają. Staram się w tym procesie maksymalizować wyciągane efekty, by mieć tzw. „T-shape”, czyli jedna specjalizacja otoczona wiedzą z wielu dziedzin („Know everything about something and something about everything„).

Mając stałą ilość czasu, muszę zdecydować się czy rozwijać głębiej posiadane już umiejętności, czy może uczyć się nowych rzeczy z różnych dziedzin. To są właśnie modele mentalne – uczę się ich, bo dają wysoki zwrot z krótkiego zainwestowanego czasu.

Jeżeli określilibyśmy wiedzę na dany temat (lub umiejętność) w skali 1-10, to przystawiłbym to tak:

  • Z poziomu 1 na 2 przeskakujemy po 2h
  • Z poziomu 2 na 4 po 4h
  • Z poziomu 3 na 4 po 12h
  • z 9 na 10 po 9999h

Oczywiście są to „dane z dupy„, jednak mamy tutaj krzywą logarytmiczną z wyraźnym „plateau”.

Wybór dla mnie wygląda mniej więcej tak:

Gdzie oczywiście moja specjalizacja (frontend, javascript) jest na obszarze wypłaszczenia, a inne dziedziny dużo niżej, ale wciąż tam gdzieś są, będąc w pewnym stopniu użytecznymi.

Rozwój zawodowy

Gdy już osiągnąłem specjalizację, która pozwala mi być profesjonalistą w IT, kolejny nakład poświęcony na bycie „jeszcze lepszym frontend developerem” jest mało efektywny. Oczywiście praktykuję „ostrzenie piły” przez co dalej jestem bardzo konkurencyjny na rynku (i regularnie to waliduję), jednak czas poświęcony na naukę kieruję poza moją specjalizację.

Z zakresu IT uczę się (obecnie) zagadnień back-endowych, architektury oprogramowania, zaawansowanego testowania, UX designu, zarządzania projektami i rozwojem produktu. Czytam artykuły i książki z tych dziedzin, staram się robić poboczne projekty by zdobywać doświadczenie w tych dziedzinach. Dzięki temu posiadam coraz bardziej holistyczną wiedzę branżową i stanowię coraz większą wartość dla firm z którymi współpracuję.

Podobnie do wiedzy analizuję inne czynniki, które mogą przydać mi się z rozwoju zawodowym. Jeżeli widzę że „twarda wiedza” jest u mnie na poziomie „plateau”, to równocześnie szukam gdzie jestem najsłabszy. Wtedy np. dostrzegam aspekty takie jak umiejętność komunikacji w zespole czy inne tematy coachingowe, analizuję stopę zwrotu z poprawienia tych dziedzin i okazuje się, że dużo lepiej na moją pozycję zawodową wpłynie np. umiejętność negocjacji czy zarządzania zespołem niż znajomość 10 różnych algorytmów sortowania tablic…

No i finalnie, mimo że na razie nic na to nie wskazuje, to popyt na IT i programistów też może zacząć spadać – a nawet jeśli nie, to może się zatrzymać. A ja bym nie chciał zatrzymać swojego rozwoju zawodowego 😉 Znajomość wielu dziedzin pozwala mi zajmować wiele stanowisk, obracać się w różnych branżach, „pivotować” moją karierę w świadomy sposób i być gotowym na zmiany. Lubię myśleć o tym w kategoriach „przygotowywania” się na okoliczności. Kiedyś założę własną firmę produktową, a gdy przyjdzie ten czas, chcę być gotowy i mieć na koncie już jakąś wiedzę o prowadzeniu produktu czy firmy jako takiej.

Return of investment w projekcie IT

Na koniec chciałbym przestawić ten model w kontekście bardziej przyziemnego konceptu jakim jest powiedzmy produkt informatyczny, jakim jest oprogramowanie. Niech będzie że pracujemy nad sklepem internetowym w metodyce scrum/agile (detale nieistotne).

W projekcie biorę odpowiedzialność za dostarczenie wartości. Zdaję sobie sprawę, że product owner (klient) niekoniecznie jest tak doświadczony jakbym tego oczekiwał, może rozumie swoją dziedzinę (sprzedawanie przez internet), ale niekoniecznie wytwarzanie oprogramowania.

Ja znam się na wytwarzaniu oprogramowania, a trochę też na sklepach online – akurat 2 lata pracowałem w agencji e-commerce, ale prócz tego czytam np. raporty Baymard Institute na temat konwersji różnych patternów UX. Dzięki temu już jestem w stanie dać dużo wyższą wartość dla klienta, bo nie robią bezmyślnie co mi każą, tylko rozumiem co tworzę i w jakim celu.

W jaki konkretny sposób wpływa to na produkt?

Załóżmy że klient chce byśmy zrobili mu wyszukiwarkę adresów w polu adresu, która będzie podpowiadać ulice na podstawie google maps api. Teoretycznie mogę powiedzieć że spoko i robić taki feature powiedzmy kilka dni. Jednak model ROI (i MVP…) zadaje mi w głowie pytania: „Co nam da to wyszukiwanie? Czy warto to robić? Ile zajmie ta implementacja? Czy musimy to mieć na tym etapie? Czy to pomoże użytkownikowi?„.

Oczywiście nie chodzi o podważanie wiedzy domenowej klienta – tylko o analizę zadań i (pod)świadome weryfikowanie sensu i opłacalności zadań które wykonujemy. Często oprogramowanie tworzy się pod presją czasu, by jak najszybciej wyszło na światło dzienne i zaczęło zarabiać. Dlatego stosuje się koncept MVP (minimum viable product, minimalny wartościowy produkt), który można wypuścić do ludzi i analizować jego przyjęcie by dopasować rozwój do odbioru rynku. Klient może dążyć do MVP, a może niekoniecznie. Może też nie mieć wystarczającej wiedzy co jest potrzebne a co nie jest, zarówno pod kątem technicznym jak i funkcjonalnym. Staram się analizować takie sytuacje a potem proponować coś typu: „Może zrezygnujmy na tym etapie z podpowiadania adresów? Zajmie to dwa tygodnie, co kosztuje cię kilkanaście tysięcy złotych w samych pensjach programistów. Wg badań zysk z podpowiadania jest znikomy i zwróci się dopiero przy wielu tysiącach klientów„.

Czyli znowu – nawet w konkretnych przykładach niezwiązanych z ekonomią, można dostrzegać wzorce ROI, stopy zwrotu inwestycji. To co się zmienia to waluta na której operuję – tutaj kosztem jest czas i pieniądze, zyskiem ficzer, który może (ale nie musi) generować inne zyski w przyszłości.

Myśleć w tym modelu

Ciężko mi powiedzieć kiedy wykształcił mi się model oparty na analizie zysków i kosztów. Na pewno gdzieś tam zawsze byłem związany z przedsiębiorczym wychowaniem, grami strategicznymi/ekonomicznymi itd. Wydaje mi się, że dużą wartością wyciągnąłem pracując w środowiskach start-upowych oraz tworząc własne produkty. Mając określone zasoby trzeba bardzo ostrożnie do nich podchodzić. Mam pulę godzin w ciągu doby i ode mnie zależy na co przeznaczę ten czas. Pewne rzeczy są oczywiste – kupujemy pralki czy zmywarki, by kosztem pieniędzy odzyskać czas. To świetna inwestycja. Niektóre jednak nie są tak oczywiste. Wielu z nas nie umie delegować zadań, zatrudniać innych ludzi by robili za nas rzeczy, których my nie chcemy lub nam się nie opłaca.

Warto pamiętać, że nawet czynnik „przyjemności” wchodzi w kalkulację. Ja nie przepadam jeździć samochodem – jest to dla mnie tylko transport. Kosztuje dużo pieniędzy, czasu i nerwów – dla mnie sytuacja jest jasna, nie chcę mieć samochodu. Jednak jeśli ktoś jest pasjonatem motoryzacji, to wszystkie te negatywne czynniki są dla niego akceptowalnym kosztem względem przyjemności jaką czerpie. Jego ROI jest dodatnie.

Wydaje mi się, że aby stymulować myślenie w tych kategoriach warto zacząć tworzyć własne projekty przy określonych ramach czasowych. Mając ograniczone zasoby zmusimy mózg do kalkulacji co daje największą wartość w stosunku do poniesionych przez nas kosztów.

Jako że nie jestem ekonomistą a ten artykuł to raczej zbiór myśli w jaki sposób ja opracowałem pewne operacje w mojej głowie, to mogłem tu i tam oddać się dygresjom i niekoniecznie trzymać tematu ROI (który jest raczej wąskim terminem w ekonomii), ale jest to najbliższe na ten moment znane mi porównanie, do którego jestem w stanie przyrównać proces analityczno-decyzyjny w mojej głowie.

Tym niemniej uważam że warto jest szukać tego typu zależności tam gdzie byśmy się ich nie spodziewali, bo co chyba jasne – czas nauki analizy zysków i kosztów zwraca się w wielu innych płaszczyznach zawodowych i prywatnych.